finezja

Dr. Skrobiszewski dyskutowal z Wolfi ktora uwazala, ze zna sie na wszystkim. Ja nigdy nie polecalam Go jako lekarza leczacego epilepsje, ja go nie znam osobiscie, tylko ze slyszenia. Wiem, ze wykonuje badania serca/ ma aparature/ i robi to dobrze i tyle.

W galeri zostal poruszony dzisiaj problem padaczki u psow.
Wypowiem sie tutaj, bo galeria powrocila juz do swojego pierwotnego zastosowania, a ja dopiero teraz mam chwile zeby odpisac.
Z reszta problem epilepsji byl juz kiedys opisywany na dogo.
Z moich wlasnych doswiadczen wiem ze epilepsja epilepsji nie rowna.
NIe znam jej w zasadzie wcale jezeli chodzi o psy, za to jesli chodzi o ludzi znam ja za dobrze.
Nie jest to choroba do konca poznana i niestety nawel ludzie leczacy sie nie sa w stanie zyc normalnie z mysla ze nigdy atak nie wroci.

Gdyby padaczka byla dobrze poznana choroba ktora mozna byloby nawet nie wyleczyc, ale lekami zahamowac calkowicie ataki to nie mialaby miejsca sytuacja gdy kilka misiecy temu wzywalam pogotowie do chlopaka po ataku padaczki. Leczy sie od chwili gdy w dziecinstwie stwierdzono u niego padaczke. Leki bierze caly czas i nigdy sie tego nie zapomina ( wiem dokladnie jak wyglada pilowanie kazdego dnia czy sie wzielo lek, kazdy wyjazd laczy sie z ryzykiem ze zapomnisz wlasnie tych lekow!).
Nie moglam nic zrobic, to bylo tak szybkie ze z poczatku nie zareagowalam, z reszta w sumie dobrze bo wszelkie rady ktore znam w zasadzie na pamiec ( czyli jak postepowac gdy jestes swiadkiem ataku padaczki) na pewno bym zlamala gdyby nie ten szok.
Cudem tego chlopca ominol pedzacy samochod, upadl na jezdnie i sie nie ruszal. Gdy podbieglam stanelam tak, zeby jadace samochody nas widzialy, wezwalam karetke i staralam sie nawiazac rozmowe z tym chlopcem.
Z kazdym wymienionym slowem coraz bardziej dochodzil do siebie. Ale atak byl na tyle silny ze dopiero po okolo 5 minutach przypomnial sobie jak ma na imie, a po 8 moze 10 jak nazywa sie choroba na jaka cierpli. Karetka przyjechala po ponad 20 minutach! KOszmar w malym niezatloczonym miescie. Co by bylo gdyby ktos umieral!?!
Ten przypadek nie jest odosobniony. Znam osoby chore na padaczke leczace sie u najlepszych lekarzy, nawet tych za granica. Nie wszystkim leki pomagaja. Mysle ze podobnie dytuacja moze wygladac takze u pieskow.


Przepraszam za te paplanine. Musialam sie wygadac, tamta niedawna sytuacja wciaz we mnie siedzi.

Receptury leków, jak ta, do których potrzebne było ciało człowieka, w szesnasto- i siedemnastowiecznej Europie były rzeczą niemal równie powszechną jak używanie ziół i korzeni. - Fragmenty zwłok i krew należały do artykułów konsumpcyjnych i dostępne były w każdej aptece - mówi Richard Sugg, historyk medycyny z brytyjskiego Durham University, który przygotowuje na ten temat książkę. Opisuje w niej nawet "wąskie gardła w dostawach" z czasów rozkwitu tak zwanego "medycznego kanibalizmu". Jest pewien: - To nie mieszkańcy Nowego Świata, lecz Europejczycy byli najbardziej zagorzałymi kanibalami.

Liczne źródła historyczne donoszą o makabrycznych praktykach dawnych uzdrawiaczy. Już starożytni Rzymianie pijali krew gladiatorów jako środek leczący epilepsję. Znacznie większe znaczenie owa gałąź medycyny zyskała jednak w czasach renesansu. Jako pierwszy karierę zrobił proszek ze zmielonych mumii egipskich, uważany za "eliksir życia". Na początku XVII wieku znachorzy przerzucili się na szczątki skazańców, zwłoki żebraków, a nawet trędowatych. Niemiecko-szwajcarski lekarz Paracelsus był jednym z najzagorzalszych zwolenników korzystania w celach leczniczych z ludzkich zwłok, co w końcu stało się popularne nawet w najwyższych warstwach społecznych. Z gorliwości w owej dziedzinie zasłynął brytyjski król Karol II. Jego "medyczny obłęd", jak nazywa to Sugg, sięgnął tak daleko, że monarcha zapłacił 6 tysięcy funtów za recepturę sporządzania leku z ludzkiego moczu. Uzyskany destylat, który zyskał nazwę "Krople królewskie", Karol II zażywał niemal codziennie.

Uczeni i szlachta, a także prości ludzie wierzyli w leczniczą moc śmierci. Amerykańska antropolożka Beth Conklin pisze, jak to epileptycy, z naczyniem w ręce, tłoczyli się wokół szafotu, "gotowi wypić łapczywie krew, która tryskała z drgającego jeszcze ciała". Do wyrobu leków używano również wykopanych z ziemi ludzkich czaszek oraz porastającego je mchu - wierzono bowiem święcie, że powstrzymuje on krwotok.

Ludzki tłuszcz z kolei świetnie leczył ponoć reumatyzm i artretyzm, a pasta sporządzana z trupów uważana była za doskonały środek na zmiażdżenia. Richard Sułg przypuszcza, że używanie ludzkich zwłok miało również znaczenie religijne. Dla części protestantów było to coś w rodzaju namiastki Eucharystii, spożywania ciała Chrystusowego podczas Ostatniej Wieczerzy. Dlatego też niektórzy mnisi mieli zwyczaj sporządzania ... marmolady z ciał zmarłych. - Chodziło tu o ukrytą w nich siłę życia - twierdzi badacz. W owych czasach uważano bowiem, że każdemu organizmowi przypisana jest wcześniej długość jego egzystencji. Jeśli więc ktoś ginął śmiercią z przyczyn nienaturalnych, inna osoba mogła przejąć niewykorzystane przezeń lata.

Nie zawsze kończyło się to sukcesem. Gdy papież Innocenty VIII w 1492 roku był na łożu śmierci, dano mu do wypicia krew pobraną z żył trzech chłopców. Skutek? Chłopcy zmarli, papież niestety też.

Czy owe praktyki były kanibalizmem? Sugg nie ma co tego najmniejszych wątpliwości. Europejczykom, tak samo jak kanibalom z Nowego Świata, chodziło w gruncie rzeczy o "quasi-magiczne wykorzystanie siły witalnej". Antropolożka Conklin właśnie ową rozpowszechnioną wówczas formę kanibalizmu uważa za rzecz szczególnie godną uwagi. Poza Europą "konsumujący niemal zawsze pozostawali w określonym związku z konsumowanymi", europejski kanibalizm natomiast był "absolutnie aspołeczny". - Liczyła się wyłącznie jakość "surowca" - mówi badaczka - części ludzkiego ciała traktowane były jak towar, kupowano je i sprzedawano dla zysku.

Pod koniec XVIII wieku zwyczaje owe dobiegły końca. - W dobie Oświecenia lekarze zerwali ze swoją pełną przesądów przeszłością - opowiada Sugg. W 1782 doktor William Black cieszył się z odejścia w zapomnienie "owych odrażających i nieprzydatnych do niczego środków, jak sproszkowane ludzkie czaszki". To prawdziwe szczęście - pisał - że "owe obrzydliwe mieszanki" zniknęły już z aptek.

Zakończyła się pewna era, a wraz z nią zainteresowanie recepturami, jak ta autorstwa Brytyjczyka Johna Keogha. Ów zmarły w 1754 roku kaznodzieja zalecał jako skuteczny środek przeciwko mdłościom lek z rozdrobnionego na proszek ludzkiego serca. Odrobinę tego specyfiku należało przyjmować każdego ranka, obowiązkowo na pusty żołądek.

niewyjasnione.pl

Ciężko w tych czasach o zdrowie... Muszę przyznać, że niektóre pomysły i wierzenia były dość oryginalne...

Lecznicza moc śmierci
Czy Europejczycy byli niegdyś kanibalami? Okazuje się, że aż do końca osiemnastego wieku nieodzowny niemal składnik leków stosowanych w najróżniejszych przypadłościach stanowiło... ludzkie mięso.

Trzeba – mówi recepta – pokroić je „na małe kawałeczki albo w plasterki”. Następnie „skropić mirrą i odrobiną aloesu” i namoczyć w winie. Po kilku dniach wyjąć i powiesić w miejscu, gdzie jest „suche powietrze”. W efekcie powinno stać się „podobne do wędzonego mięsa” i „nie może cuchnąć”.

Niemiecki farmakolog Johann SchrĂśder sporządził ów przepis w siedemnastym wieku. Nie chodzi w nim o szynkę ani o polędwicę, ale o coś zupełnie innego. O „świeże zwłoki rudowłosego mężczyzny – napisano we wstępie – w wieku około 24 lat, powieszonego, łamanego kołem bądź ściętego”. Powinien był potem leżeć „przez jeden dzień i jedną noc w świetle słońca i księżyca”. „Przy ładnej pogodzie” – uściślono.

Receptury leków, jak ta, do których potrzebne było ciało człowieka, w szesnasto- i siedemnastowiecznej Europie były rzeczą niemal równie powszechną jak używanie ziół i korzeni. – Fragmenty zwłok i krew należały do artykułów konsumpcyjnych i dostępne były w każdej aptece – mówi Richard Sugg, historyk medycyny z brytyjskiego Durham University, który przygotowuje na ten temat książkę. Opisuje w niej nawet "wąskie gardła w dostawach" z czasów rozkwitu tak zwanego „medycznego kanibalizmu”. Jest pewien: – To nie mieszkańcy Nowego Świata, lecz Europejczycy byli najbardziej zagorzałymi kanibalami.

Liczne źródła historyczne donoszą o makabrycznych praktykach dawnych uzdrawiaczy. Już starożytni Rzymianie pijali krew gladiatorów jako środek leczący epilepsję. Znacznie większe znaczenie owa gałąź medycyny zyskała jednak w czasach renesansu. Jako pierwszy karierę zrobił proszek ze zmielonych mumii egipskich, uważany za „eliksir życia”. Na początku XVII wieku znachorzy przerzucili się na szczątki skazańców, zwłoki żebraków, a nawet trędowatych. Niemiecko-szwajcarski lekarz Paracelsus był jednym z najzagorzalszych zwolenników korzystania w celach leczniczych z ludzkich zwłok, co w końcu stało się popularne nawet w najwyższych warstwach społecznych. Z gorliwości w owej dziedzinie zasłynął brytyjski król Karol II. Jego „medyczny obłęd”, jak nazywa to Sugg, sięgnął tak daleko, że monarcha zapłacił 6 tysięcy funtów za recepturę sporządzania leku z ludzkiego moczu. Uzyskany destylat, który zyskał nazwę „Krople królewskie”, Karol II zażywał niemal codziennie.

Uczeni i szlachta, a także prości ludzie wierzyli w leczniczą moc śmierci. Amerykańska antropolożka Beth Conklin pisze, jak to epileptycy, z naczyniem w ręce, tłoczyli się wokół szafotu, „gotowi wypić łapczywie krew, która tryskała z drgającego jeszcze ciała”. Do wyrobu leków używano również wykopanych z ziemi ludzkich czaszek oraz porastającego je mchu – wierzono bowiem święcie, że powstrzymuje on krwotok.

Ludzki tłuszcz z kolei świetnie leczył ponoć reumatyzm i artretyzm, a pasta sporządzana z trupów uważana była za doskonały środek na zmiażdżenia. Richard Sułg przypuszcza, że używanie ludzkich zwłok miało również znaczenie religijne. Dla części protestantów było to coś w rodzaju namiastki Eucharystii, spożywania ciała Chrystusowego podczas Ostatniej Wieczerzy. Dlatego też niektórzy mnisi mieli zwyczaj sporządzania ... marmolady z ciał zmarłych. – Chodziło tu o ukrytą w nich siłę życia – twierdzi badacz. W owych czasach uważano bowiem, że każdemu organizmowi przypisana jest wcześniej długość jego egzystencji. Jeśli więc ktoś ginął śmiercią z przyczyn nienaturalnych, inna osoba mogła przejąć niewykorzystane przezeń lata.

Nie zawsze kończyło się to sukcesem. Gdy papież Innocenty VIII w 1492 roku był na łożu śmierci, dano mu do wypicia krew pobraną z żył trzech chłopców. Skutek? Chłopcy zmarli, papież niestety też.

Czy owe praktyki były kanibalizmem? Sugg nie ma co tego najmniejszych wątpliwości. Europejczykom, tak samo jak kanibalom z Nowego Świata, chodziło w gruncie rzeczy o „quasi-magiczne wykorzystanie siły witalnej”. Antropolożka Conklin właśnie ową rozpowszechnioną wówczas formę kanibalizmu uważa za rzecz szczególnie godną uwagi. Poza Europą „konsumujący niemal zawsze pozostawali w określonym związku z konsumowanymi”, europejski kanibalizm natomiast był „absolutnie aspołeczny”. – Liczyła się wyłącznie jakość „surowca” – mówi badaczka – części ludzkiego ciała traktowane były jak towar, kupowano je i sprzedawano dla zysku.

Pod koniec XVIII wieku zwyczaje owe dobiegły końca. – W dobie Oświecenia lekarze zerwali ze swoją pełną przesądów przeszłością – opowiada Sugg. W 1782 doktor William Black cieszył się z odejścia w zapomnienie „owych odrażających i nieprzydatnych do niczego środków, jak sproszkowane ludzkie czaszki”. To prawdziwe szczęście – pisał – że „owe obrzydliwe mieszanki” zniknęły już z aptek.

Zakończyła się pewna era, a wraz z nią zainteresowanie recepturami, jak ta autorstwa Brytyjczyka Johna Keogha. Ów zmarły w 1754 roku kaznodzieja zalecał jako skuteczny środek przeciwko mdłościom lek z rozdrobnionego na proszek ludzkiego serca. Odrobinę tego specyfiku należało przyjmować każdego ranka, obowiązkowo na pusty żołądek.

Za Odry